czwartek, 20 października 2016

Dawaj na wschód, czyli Polska, Litwa i Łotwa na rowerze



Dokładnie 14 kwietnia 2016 roku o godzinie 8:30 (jak zwykle spóźnieni) wyruszyliśmy z łazarskiego fyrtla w naszą, jak do tej pory, najdłuższą podróż. Pierwsze trzy kraje przez które mieliśmy przejechać, czyli naszą rodzimą Polskę, Litwę i Łotwę chcieliśmy potraktować tranzytowo. Tak naprawdę prawdziwa przygoda miała się dla nas zacząć w Rosji. Przynajmniej tak myśleliśmy. I poniekąd tak było. Jednak czy możemy stwierdzić, że ten pierwszy etap nas nie zachwycił? Czy możemy z cała pewnościa powiedzieć, że ten początkowy etap odbył się zupełnie bez przygód? Czy po przeżyciach z dalekich pamirskich bezdroży, pięknych widokach z kirgiskich i tadżyckich gór, jesteśmy gotowi powiedzieć, że ten pierwszy odcinek nie odcisnął piętna w naszej pamięci? Zdecydowanie NIE!


Start na Mecie


Meciarze :)


Zaczęło się od ,,oficjalnego" pożegnania na ,,Meta serwis rowerowy". Chłopaki nie zawiedli. Był szampan (truskawkowy) wieniec z makiem i ukraiński bimber, który miał nas wspomagać w długie, nadal mroźne wieczory. Ruszyliśmy w kierunku pólnocno-wschodnim, ku pierwszej granicy, którą mieliśmy przekroczyć. Początki były trudne, pokonanie pierwszych kilometrów z takim obciążeniem, dało nam się we znaki. Niemniej nie było wyjścia. Chciałoby się górnolotnie rzec, że nasze dotychczasowe życie zostało w tyle, spakowane do jednej szafy, porzucone na przynajmniej kilka miesięcy. Zaczęło się dla nas nowe, niepozbawione trosk i utrapień, ale co dzień przynoszące coś nowego, życie :) 


Puszcza Bydgoska

Dolina Drwęcy

Wydawać  by się mogło, że tylko szaleńcy wyruszają w podróż w połowie kwietnia, kiedy dzień jest krótki, noce zimne, poranki tak chłodne, że nie chce się wychodzić ze śpiwora, a warunki pogodowe zmienne. W końcu kwiecień plecień co przeplata... Niemniej w pełni świadomości możemy stwierdzić, że jest to dobry moment, żeby ruszać na wyprawę. Szlaki są puste, rowerzystów mało, a pośród spotykanych ludzi budzi się mieszankę uczuć, od podziwu do prześmiewczego twierdzenia, że szybko zaczęliśmy sezon. Codziennie mieliśmy okazję obserwować jak przyroda budzi się, już nie ze snu, ale lekkiej wiosenej drzemki. Drzewa się zielenią, a zwierzęta w lesie ochoczo przebiegają przez drogi, na których, poza nami, nie ma nikogo. 

Na Warmii i Mazurach

Jadąc przez Polskę jak zawsze wybieraliśmy mniej uczęszcane przez samochody drogi. Często były to drogi oznakowane na mapie kolorem białym, rzadziej żółtym. I bez dwóch zdań można stwierdzić, iż Polska zachwyca. Lasy Puszczy Bydgoskiej powalają swoim rozmiarem i powagą rosnących tam drzew. Piękne miejsce zarówno do rowerowych wypadów, jak i na piesze wycieczki. Co prawda trzeba tam uważać z roztawianiem namiotu, aby o piątej nad ranem nie mieć pobudki zafundowanej, na koszt państwa przez służbę leśną. Ale takie przypadki zdarzają się tylko wtedy, gdy ktoś zechce nieopatrznie rozbić się w pobliżu poligonu wojskowego. Nam się to udało, służba leśna zaserwowała nam pobudkę niczym rekrutom w koszarach, ale obyło się bez mandatu :) Udało nam się odwołać do sentymentu do województwa kujawsko-pomorskiego, z racji nierozerwalnych więzów, jakie nas łączą, a mianowicie Dominika urodziła się i całe młodzieńcze życie spędziła w Mogilnie, więc jakby nie patrzeć krajanka. 
Kolejnym pięknym miejsce, które udało nam się zobaczyć na naszej trasie to Dolina Drwęcy. Jest to cudowne miejsce, wprost stworzone do biwakowanie ,,na dziko". To tam udało nam się wypatrzyć, pierwszy raz w życiu, jelenia albinosa. Dzika przyroda w połączeniu z leśnymi zwierzętami, wijąca się Drwęca, zieleń dookoła, tak to zdecydowanie zapada w pamięć! 

"Na tropach Smętka"

Dalsza marszruta wiodła przez Warmię i Mazury, Mrągowo i Suwałki wprost do miejscowości Sejny, by stamtąd uderzyć już na Litwę. Krajobraz z początków naszej wyprawy był niemal niezmienny. Jeździliśmy przez małe miasta, miasteczka, wioski i wioseczki, głównie pośród lasów lub terenów zielonych. Staraliśmy się rozbijać nieopodal jakiegoś jeziora, rzeki. Na Litwie pierwszy raz zdarzyło nam się rozbijać namiot na plaży, pustej o tej porze roku, ale zdradzającej duży potencjał na ,,plażing" w bardziej sprzyjającyh pogodowych warunkach. 

Zamek w Trokach, Litwa

Jedynymi towarzyszami na kempingu w Trokach były dla nas kaczki :)


W miejscowości Troki, na Litwie, gdzie zatrzymaliśmy się na dłużej niż jedną noc, byliśmy pierwszymi, którzy otworzyli sezon na kampingu. Spotkaliśmy tam też wielu Polaków, starszych ludzi, którzy byli pod wrażeniem naszej wyprawy, bardzo przyjaźnie z nami rozmawiali, sami zagadywali, słysząc jak rozmawiamy ze sobą po polsku. Nie da się ukryć, że byliśmy dla nich też nie lada atrakcją, w taką pogodę? na rowerach? z Polski? Szaleństwo jak nic :) Litwa po raz pierwszy zaskoczyła nas też pod względem pogody. W żadnen sposób nie byliśmy przygotowani (psychicznie) na opady śniegu (!) pod koniec kwietnia. 

Rosyjskie preludium

Łotwa za to przywitała nas pięknym słońcem. Granicę przekroczyliśmy w rejonie jeziora Dryświaty, jadąc leśną, nieubitą drogą, niebezpiecznie blisko granicy z Białorusią, przed czym ostrzegali nas napotkani panowie ze służby granicznej. 

Nie tylko Polska słynie z bocianów, Łotwa okolice Dyneburgu

Okolice Dyneburgu, Łotwa

Trójstyk graniczny Litwy, Łotwy i Białorusi jest biednym regionem, pełnym małych wioseczek, w których budziliśmy ogromne zainteresowanie, najprawdopodobniej dlatego, że NIC innego się tam nie działo. Było to chyba pierwsze i jedyne miejsce, gdzie poczuliśmy się trochę niepewnie. Naszych odczuć wcale nie poprawiła Pani dziarsko maszerująca z siekierą, niebezpiecznie blisko miejsca, gdzie postanowiliśmy rozbić ,,pałatkę" pierwszego dnia na Łotwie. Sytuację nieco ratował chłopiec, który kroczył przy jej boku. Oczywiście lęki były nieuzasadnione, Pani po krótkiej rozmowie, okazała się być bardzo przyjazna i ochoczo zaakceptowała naszą obecność. Jakby przezornie, nie chcieliśmy jednak nadużywać gościnności ludzi z tego regionu, więc jak najszybciej udaliśmy się w dalszą drogę. 

Urra, już niedługo Rosja!

Wybierając drogę przez Litwę i Łotwę usłyszałam od Łukasza, że są to kraje ,,płaskie jak stół". Nic bardziej mylnego. Na Łotwie w szczególności mieliśmy wrażenie, że drogi wiją nam się nie tylko z lewej do prawej, ale że notorycznie jeździmy góra dół. Pamirskie przełęcze to nie były, ale jak na pierwsze tygodnie codziennego pedałowania, utkwiły w pamięci. Na Łotwie spotkaliśmy też przesympatycznego człowieka - Ilmarsa. Zafascynowany naszym planem, który po krótce zdążyliśmy mu przedstawić zatrzymując się przy drodze, bez zastanowienia wziął nas w ,,gości" do swojego domu. Nakarmił nas, poczęstował ciepłą herbatą, a na koniec zaopatrzył w dalszą drogę w miód i czekoladę. A my nieubłaganie zbliżaliśmy się do rosyjskiej granicy oraz początku naszej podróży.

środa, 31 sierpnia 2016

Wizy do Stanów. Vademecum po Azji Środkowej



Azja Środkowa jest jednym z najbardziej specyficznych rejonów do podróżowania. Rozpad Związku Radzieckiego i klimat ciężkiej, lekko zatęchłej biurokracji, podanej w gorzkim azjatyckim wydaniu sprawia, że podróżowanie z miejsca na miejsce, z kraju X do kraju Y wydaje się niemożliwe, a na pewno mocno utrudnione. Podróżnicy, którzy wrócili cało z tego typu peregrynacji oraz wytrzymali zderzenie ze środkowoazjatycką biurokracją, jawią się jako "wielcy globtroterzy", którzy dzięki kociej gracji i przy pomocy magicznych metod, lawirują pośród stosu dokumentów i pozwoleń potrzebnych do swobodnego przemieszczania się po Azji. Czy tak jest? Zdecydowanie nie!   

Ręcznie wypisana wiza do Tadżykistanu wraz z pozwoleniem na wjazd do GBAO (Pamir)


Nie taki straszny diabeł jak go malują.


Zanim przejdziemy do szczegółów w jaki sposób zdobyć upragnione wizy i rejestracje, kilka uwag metodologicznych (brzmi groźnie :)).

Jak definiujemy Azję Środkową? 


W naszej podróży zawitaliśmy do Rosji, Kazachstanu, Kirgistanu i Tadżykistanu (w tym GBAO). To właśnie o tych krajach będzie głównie mowa, ponieważ chcemy w tym wpisie zawrzeć informacje przede wszystkim sprawdzone przez nas samych, a nie z drugiej ręki. Wszystkie wizy załatwialiśmy w Polsce (lub w Niemczech, ale to poniżej) więc nie będzie to przewodnik po środkowoazjatyckich konsulatach i ambasadach, a jedynie opis tego jak można wyrobić potrzebne dokumenty tu, na miejscu.

Azjatyckie Panta Rhei


Już Heraklit z Efezu wiedział, że raz załatwiona wiza nie oznacza, że tę wizę można otrzymać jeszcze raz i to jeszcze w ten sam sposób. Dynamika zmian, choć ostatnio w tym regionie całe szczęście na lepsze, sprawia, że należy trzymać cały czas rękę na pulsie. Chociażby odnosząc się do naszego przykładu. W trakcie naszego 4 miesięcznego pobytu zdążył się zmienić sposób przyznawania wizy do Tadżykistanu, a dwa inne kraje (Rosja i Kazachstan) ogłosiły częściową lub całkowitą likwidacje obowiązku wizowego planowaną na przyszłe lata. Ad rem.

Rosja


Ile się można było nasłuchać informacji o tym jak ciężko jest dostać wizę turystyczną do Rosji. Fora w internecie są przepełnione ostrzeżeniami i różnymi narzekaniami związanymi z ogromną i wszechobecną biurokracją i iście sowieckim podejściem do turysty/petenta. Postanowiliśmy się przekonać o tym na własnej skórze.

Krok 1. Miejsce zamieszkania


Każdy rosyjski konsulat (a jest ich kilka w Polsce) ma oddzielny zakres terytorialny. Co to znaczy? W teorii w naszym przypadku oznaczało to, że jeżeli dana osoba była zameldowana w woj. kujawsko-pomorskim, ale mieszkała w Poznaniu, to musiałaby jechać specjalnie do rosyjskiego konsulatu w Gdańsku, a nie tego który znajduje się w Poznaniu. Rozwiązanie iście kafkowskie. Jak się okazało, dla Pań w Centrum Wizowym ważny jest adres złożony w deklaracji wizowej (czyli adres zamieszkania, a nie zameldowania!). Pierwszy problem z głowy.

Krok 2. Voucher


W tym wypadku skorzystaliśmy z tzw. gotowca. Poszliśmy do biura pośrednictwa wizowego, podaliśmy daty przewidywanego pobytu, daliśmy 80 złotych od głowy i koniec. Po chwili dzierżyliśmy upragniony dokument!

Krok 3. Rezerwacja hostelu/hotelu

- Przecież będziemy nocować w namiocie!- wykrzyknęła Dominika lekko poirytowana przeglądając fora internetowe w poszukiwaniu przydatnych informacji. Hmmm... Jak to rozwiązać. Potrzebna nam była wiza na 30 dni, z czego wymagało by to kilku przynajmniej rezerwacji hotelowych rozłożonych na parę dni, tak aby pokryć cały nasz 30-dniowy pobyt w Rosji. W końcu wpadliśmy na szatański pomysł nieopłaconej rezerwacji hotelowej na 30 dni (portal booking.com) w Astrachaniu, a następnie wydrukowane potwierdzenie rezerwacji dołączyliśmy do naszego wniosku. Pani w okienku konsularnym trochę się dziwiła, że niby czemu do Astrachania na tak długo, ale my ją zapewniliśmy, że znajdziemy ciekawe rzeczy do roboty :) Nie taka straszna ta Rosja, jak ją malują co?

Krok 4. Polisa ubezpieczeniowa


Załatwialiśmy ją razem z voucherem. Koszt pojedynczej polisy to ok 30 złotych na 30 dni. Praktycznie dokument dostaje się od ręki    

Krok 5. Wniosek online

Jesteśmy na ostatniej prostej. Jeszcze wypełnienie wniosku online https://visa.kdmid.ru, następnie wydrukowanie go i przyklejenie zdjęcia i z kompletem dokumentów można udać się do Centrum Wizowego (w Poznaniu znajduje się na ulicy Brzask 10, lok.205).

Krok 6. Bejmy

Oczywiście nie była "aż tak łatwo", a może tanio :) W Centrum Wizowym musieliśmy jeszcze uiścić specjalną opłatę za "usługę rozpatrzenia wniosku" w wysokości ok 150 zł.

Krok 7.

Należy zasiąść na parę dni do czytania Tołstoja lub Pielewina, skleić parę pierogów i ugotować uche (byle nie na rybie z Warty) no i maksymalnie 10 dnia od złożenia wniosku, po porannej sznece z glancem i dużej ciemnej kawie, wybrać się do Centrum Wizowego po paszporty z wbitą na całą stronę turystyczną wizą 

P.S Byle do mundialu

Informacja niemalże już pewna! 2018 będzie można spędzić ponad 50 dni bez wizy. Wystarczy kupić bilet na jakikolwiek mecz Mistrzostw Świata, no "i dawaj w Rassiju!" (informacje w linku http://www.tvn24.pl)

Kazachstan (o tym jak było i może będzie) 


Krok 1. Con calma


Nie stresuj się. Właśnie dowiadujesz się, że trzeba jechać do Warszawy i złożyć (no i odebrać rzecz jasna też) wniosek osobiście. Plusem jest to, że wymagane dokumenty można załatwić praktycznie od ręki. 

Krok 2. Rezerwacja hotelowa 

Jak w przypadku wizy do Rosji, wydruk rezerwacji z portalu booking. com wystarczył w zupełności. 

Krok 3. Zaświadczenie z miejsca pracy 

Wydawało się, że jest to jeden z tych sowieckich reliktów, których nie da się przeskoczyć, a przy samej próbie skoku można mocno się poturbować. Jak to już było wielokrotnie powtarzane w tym wpisie, nic bardziej błędnego! Do załatwienia tego dokumentu w naszym wypadku wystarczyła: pieczątka (jakakolwiek :)), kartka papieru, trzy linijki tekstu i jeden, koniecznie (!) zamaszysty podpis.


"Rocky road to Kazakhstan" wiedzie przez Warszawę!



Krok 4. Kwestionariusz


Można go pobrać z łatwo z internetu lub wypełnić na miejscu (panie w ambasadzie są bardzo pomocne). 

Krok 5. Reszta dokumentów

Ksera pierwszej i ostatniej strony paszportu (musi być ważny min 180 dni przed datą przedawnienia) i parę zdjęć paszportowych.

Krok 6. Warszawa "i na zad"


Po doręczeniu dokumentów do ambasady, należy jeszcze uiścić specjalną opłatę manipulacyjną w wysokości 35E (cena za jednokrotną 30 dniową wizę), a następnie potwierdzenie wpłaty z tytułem przelewu, włożyć do skrzynki przed ambasadą (jaja nie z tej ziemi). Mija kilka dni, i łącząc wyjazd ze zwiedzaniem kilku na prawdę świetnych i nowoczesnych warszawskich muzeów, odbieramy pachnącą nowością oraz świeżuteńką, jak poznańska kajzerka, wizę.

P.S Byle do 2017 roku
Ostatnio w internecie gruchnęła plotka o zbliżającej się amnestii wizowej dla m. in. Polaków, która będzie obowiązywać od 2017 roku. Plotka ta http://www.fly4free.pl/kazachstan póki co nie została potwierdzona, choć można jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa uwierzyć w nią. Spowodowane jest to zbliżającymi się targami EXPO 2017, które odbędą się  właśnie w Kazachstanie, co wiąże się w sposób bezsprzeczny, z największym w historii Kazachstanu napływem turystów. 

Kirgistan



Krok 1....

... i ostatni. 60 dni bez obowiązku wizowego. Dolce far niente :)

Tadżykistan


Krok 1....

.... i znowu ostatni. W sumie nie ma sensu, żebyśmy się rozwodzili nad tym jak jedno z nas specjalnie pojechało do Berlina, i tam składało wniosek wizowy, w którym trzeba było odpowiadać na tak absurdalne pytania jak: "Czy jesteśmy członkami grupy terrorystycznej?" lub "Czy odsiadywaliśmy karę więzienia za działalność wywrotową?" nie wspominając już o uścisku dłoni Pana Ambasadora i przyjemnej konwersacji z nim. Absolutnie nie ma to sensu. Dlaczego? Odpowiedź w linku (https://www.evisa.tj). Od połowy tego roku można podróżować po Tadżykistanie i GBAO z e-wizą. Dotyczy to także przekraczania granic lądowych, co w dużym stopniu ułatwia podróżowanie (albo po prostu zwykłą włóczęgę) po Azji Centralnej wszelkiej maści sakwiarzom czy innym podróżującym. 

  


wtorek, 23 sierpnia 2016

Kto, gdzie i dlaczego czyli krótkie wprowadzenie

Kto?

Ona (Dominika) - miłośniczka literatury i dwóch kółek. Bezkompromisowo zakochana w Bieszczadach i Górach Ałajskich. Doskonale zorganizowana, to ona dba o to, by na każdą wyprawę (nawet najmniejszą) zabrać apteczkę, latarkę, extra baterie i dodatkową parę skarpetek. Początkująca kurierka, wprawiona sakwiarka, doświadczona w "podróżach na wariackich papierach". 


On (Łukasz/Lama) - rozczytuje się w książkach podróżniczych i historycznych. Typowy marzyciel, z głową w chmurach. Twierdzi, że jadąc na drugi koniec świata, można spakować się w jedną sakwę (później często przydają się zapasowe pary skarpetek Dominiki). Kurier, sakwiarz i domorosły historyk.  
Widok na Pamir z miejscowości Sary Tasz w Kirgistanie.  


Gdzie i dlaczego?


W step, szeroki step, Wielki Step. Byle daleko i dziko. Nieważne jak. Rower, pociąg czy autostop to tylko środki lokomocji. Owe miejsce docelowe, kulminacyjny punkt wyprawy, równie dobrze mógłby znajdować się w lepiance pośrodku kazachskiego stepu lub w kirgiskiej jurcie w wysokogórskim Pamirze. Nieważne były miejscowości, nazwy geograficzne czy odległości na mapie. Tytułowe "Gdzie?", a co za tym idzie także "Dlaczego?" to napotkani ludzie, ich historie, ich życie, które miejscami, zupełnie inne od naszego, zmuszało do refleksji. Wspólnie na rowerach, pokonaliśmy kilka tysięcy kilometrów, zaczynając naszą wędrówkę w Poznaniu, a kończąc ją w Duszanbe w Tadżykistanie. Podczas marszruty, spotkaliśmy dziesiątki osób, którzy często gościli nas, pomagali w trudnych sytuacjach, wspierali dobrym słowem lub po prostu byli zaciekawieni. To oni, zwykli mieszkańcy mało uczęszczanych przez turystów dróg i rejonów, stali się osnową naszej podróży.